Zdalne realia, czyli czego nie zobaczysz w TVP.

Zdalne realia, czyli czego nie zobaczysz w TVP.

Mignął mi ostatnio w telewizji minister edukacji. Wyłączyłam fonię, bo i po co się denerwować, ale przypomniałam sobie, kiedy przeczytałam parę dni wcześniej, że na pewno za chwilę w mediach pokażą uśmiechniętego ucznia w słuchawkach na uszach, który przed laptopem uczestniczy w lekcji online. Oczywiście uczeń nie będzie z Mazowsza, bo ludzie nie lubią oglądać Warszawki i się z nią nie porównują. Minister więc coś mówi, dźwięk wyłączony, mogę udawać, że czytam z ruchu warg albo włączyć ten dźwięk, ale po co? Zresztą i tak się domyślam, a ja przy wszystkich domownikach w moim niewielkim mieszkaniu nie chcę generować dodatkowego hałasu. Za chwilę rzeczywiście pokazują uśmiechniętego nastolatka. Z małej miejscowości pod Lublinem. Lublin bardziej swojski niż Warszawa, nie? I wszystko działa, jest cudnie.

Ja tę zdalną edukację mam na co dzień od ponad dwóch tygodni i jako nauczyciel, i jako mama. Jak jest?

Zacznę od doświadczenia matki. Moje dzieci chodzą do niewielkiej szkoły, która bardzo szybko wdrożyła nauczanie w sieci na żywo. Nauczyciele zwarci i gotowi, dzieciaki mogą popatrzeć na swoich pedagogów, od razu reagować na to, co się dzieje na lekcji. Dla nich same korzyści, mnie jako matkę czasem to wszystko dobija. Wstajemy rano, oddaję dzieciom wszystkie dwa laptopy, jakie działają w domu. Mieszkanie niewielkie, co chwilę ktoś mnie woła, bo tu głośnik nie trybi, tu mikrofon, za chwilę płacz młodszego dziecka, bo pani właśnie kazała mu coś przeczytać, a jego wyrzuciło z aplikacji. Systemy przeciążone, co chwilę kogoś wybija. Mąż w tym czasie od 8 do 16 przy służbowym sprzęcie, dwa potężne monitory zajmują trzy czwarte stołu. Ja próbuję przez smartfon połączyć się z dziennikiem, odpisać na maile. Dziennik nie działa. Idę sprzątać łazienkę. Dzieci się uczą, do mnie na grupie rodziców co chwilę przychodzi dźwięk powiadomienia. Mam refleksję, że chyba jakaś wyrodna matka ze mnie, skoro pracuję sobie, a nie siedzę i nie patrzę dzieciom na ręce. Matki komentują, kto jak prowadzi lekcje, jakie są dzieci. Odzywam się na grupie, najwyżej nie będą mnie lubić. Zaczynam w duchu przeklinać, może jakieś RODO, a szacunek, żal mi nauczycieli, nie każdy lubi pokazywać się w monitorze, robi to dla dobra dzieci, tymczasem nie wie, czy nikt mu nie cyknie fotki i nie wrzuci na fejsa. Odzywają się do mnie inni rodzice, uff, nie tylko ja pracuję i daję dzieciom w samotności spędzić lekcje. 

Ktoś powie, Twój problem, masz dzieci, to się bujaj. Jest tyle kobiet, które marzą o rodzicielstwie i chciałyby mieć takie problemy… Tyle że to nie tylko mój problem. Odzywają się do mnie moi szkolni rodzice, oni też tak mają. Jeden komputer w domu, kolejka chętnych, nie mogą się skupić na swojej pracy.

W mojej szkole póki co nauczanie zdalne opiera się o dziennik. To tam musimy zamieszczać wszelkie materiały. Niby logiczne, tyle, że oczywiście dziennik odmawia współpracy. Próbuję go odpalić przez cały dzień, nawet polubiłam stronę dziennika na fb, choć przecież tak naprawdę go nie lubię, i czytam komunikaty. Trochę mnie buduje, że nie tylko ja psioczę, wkurzonych, sfrustrowanych nauczycieli jest wielu. Rodziców też, bo chcą pobrać materiały i zająć się swoją pracą.

Wiecie, co mnie okropnie mierzi? Kiedy w końcu wejdę do dziennika, a tam 10 maili. Kurczę dlaczego 10 osób zdążyło się wstrzelić, wejść i wysłać maila, a ja mam takiego pecha?

Trochę się domyślam. Moja domowa sieć nie jest przyzwyczajona do używania non stop internetu przez 4 urządzenia. Plus telefony. Nota bene, ciekawe, ile zapłacę za prąd? Firma mojego męża i szkoły oszczędzą, ja nie.

Żeby znaleźć materiały, które przydadzą mi się podczas zdalnej lekcji, przez wiele godzin oglądam filmy, gram w gry interaktywne. Ale praca, co nie? Dla mnie tak, bo to siedzenie w elektronice przepłacam bólem kręgosłupa, tyłka, oczu, migrenami. Chyba jedno z większych rozczarowań jest wtedy, gdy obejrzę 9 minut dziesięciominutowego filmiku, jestem już zachwycona, tak, to mi się na pewno przyda!, po czym następuje wulgaryzm i wiem, że tego filmiku nie puszczę. Bo niestety informatyk ze mnie żaden, nie umiem tego filmu wyciąć, a przecież nie napiszę uczniowi, żeby oglądał do siódmej czy ósmej minuty. Uczę się więc sama korzystać z aplikacji, zaczęłam tworzyć gry i inne materiały. Tyle, że ktoś postronny spojrzy i zobaczy kilka linków. Ale się wysiliła… Niestety, kochani Nauczyciele. Praca zdalna to praca, której bardzo, bardzo nie widać. W szkole to jeszcze Was dyrektor czy dzieci zobaczą, biegacie objuczeni książkami, z lekcji na dyżur, z dyżuru na lekcje, nie ma kiedy wejść do toalety, zimna herbata od rana stoi w pokoju… 

W praktyce praca zdalna to oglądanie masy rzeczy, żeby stworzyć jedną lekcję, samodoskonalenie, czytanie setek maili i odpisywanie na nie. 

Będą Wam mówić, że najważniejszy jest dobrostan uczniów, bo to dla nich trudny czas, izolacja może prowadzić do depresji. Jasne, prawda. W praktyce będziecie jednak rozliczani przez każdego, co kto zrobił, jakie materiały przygotowywał, ile razy się uśmiechnął, czy pokazał swoją facjatę do kamery, czy nie.

Co mogę sobie i moim współtowarzyszom niedoli poradzić. Nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystko uda nam się wywalczyć. Mimo to moje doświadczenia są takie.

Dbaj o siebie i swoich kolegów z pracy. Społeczna kwarantanna powoduje, że nasze życie w dużej mierze przenosi się do sieci. Ja mam to szczęście, że jestem na grupie nauczycielskiej, wspieramy się, rozmawiamy, tworzymy relacje, podsyłamy sobie materiały, ciekawe linki, jesteśmy z sobą. Załogo, kocham Was!

Im większa szkoła i rodzice bardzo pilnujący swoich praw, tym mniej działaj samowolnie. Zanim założysz grupę na fb dla uczniów, poradź się osoby w szkole, która odpowiada za RODO. Są obostrzenia i lepiej zdziałać tu mniej, niż potem borykać się z karami. Nie wierzę w hasła, że sytuacja jest wyjątkowa, więc… Potem ktoś może to wykorzystać przeciw Tobie. Lepiej próbować rozwiązań systemowych, czyli żeby cała szkoła działała np. w popularnych ostatnio Teamsach.

Pilnuj czasu pracy i odpoczynku. Teraz trudniej o to, bo przecież cały czas jesteś w domu. Mimo to nie siedź od rana do nocy przy komputerze. Ja właśnie zakupiłam sobie komputer, dzięki temu od poniedziałku zacznę pracować równocześnie z moimi dziećmi. Pozwoli mi to spędzić z nimi choć trochę czasu po południu.

Nie licz na dobre słowa. Wtedy pozytywnie zaskoczą Cię informacje zwrotne od uczniów, rodziców, dyrekcji. Jeśli ich nie będzie, nie rozczarujesz się.

Pamiętaj, że to dla wszystkich nowa sytuacja. To, że uczniowie świetnie znają się na grach komputerowych nie musi od razu oznaczać, że będą bez problemów poruszać się choćby w zwykłej poczcie elektronicznej. 

Dbaj o siebie! Pij warzywne soki i niech humor Cię nie opuszcza.

Trzymajmy się wszyscy zdrowo. Powodzenia.

Joanna Miller

PS. Klikając w reklamę na naszym blogu wspierasz nas finansowo, dziękujemy!

5 thoughts on “Zdalne realia, czyli czego nie zobaczysz w TVP.

  1. Asiu, Twoje mądre słowa przywracają mi wiarę w ludzi i pomagają ogarnąć to, co wydawało się jeszcze wczoraj niemożliwe.

  2. Ah, czyli to nie tylko ja tak mam że po 6 godzinach przy komputerze boli mnie głowa? 🤔 Uf, a już myślałam że jestem biologicznie nie przystpsowana do spędzania tylu godzin przed ekranem. Oh wait, nikt nie jest. 🙄

  3. Jest taki stary kawał o studentach medycyny, którzy znaleźli jakąś kartkę na chodniku.
    “Rozumiesz coś z tego?”- zapytał jeden.
    “Nie”.
    “No to wkuwamy.”
    Mam wrażenie, że z nauczycielami jest podobnie. Ktoś im rzuca temat jak tę kartkę na chodnik, a oni schylają się i mimo, że nie rozumieją, nie potrafią, nie mają sprzętu- biorą się do roboty. Myślę, że tutaj jest jakaś ogromną niedojrzałość, odzywa się takie wewnętrzne dziecko w nas, które za wszelką cenę chce zaspokoić rodzica. Ten rodzic jest niestety patologiczny, przemocowy, nie szanuje, ale dziecko i tak robi wszystko, żeby był zadowolony.
    Brakuje mi w tym wszystkim takiej dojrzałem, dorosłej informacji zwrotnej. Brakuje dosyć głośnego powiedzenia: “hej, nie umiem pracować z kamerą! Nigdy się tego nie uczyłam, gdybym chciała tak pracować, to już dawno bym wyjechała do Australii!!!”
    Bardzo mnie rozsierdziło, jak przeczytałem, że autorka kupiła specjalnie komputer, żeby realizować tę zdalną farsę. Brawo, więcej takich posunięć, to na pewno coś się zmieni!!! Jedźcie teraz wszyscy potulnie po komputery, słuchawki z mikrofonem i kamerki. Przekopujcie trawniki, żeby podciągnąć światłowód z lepszą przepustowością, to na pewno ktoś się ogarnie, że wymyślił nierealną głupotę. Kolejny raz swoim zaangażowaniem urealniacie nierealną głupotę!
    Do tego jeszcze koleżanki, które wykorzystują tę sytuację, żeby stworzyć kolejny konkurs na “Najlepszą lekcję zdalną!” Sami sobie gotujemy ten los. Brakuje tutaj dorosłych, którzy powiedzą “NIE”, albo przynajmiej “OK, zrobię to tak, jak umiem i na ile mam sprzęt, a jeśli ma być lepiej, to proszę mnie przeszkolić i zaopatrzeć”.

  4. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że tak się po prostu nie da pracować, tak się zwyczajnie nie da żyć. Jeżeli ktoś ma dwoje czy więcej dzieci w różnym wieku to każde dziecko musi mieć dostęp do własnego laptopa. A jeśli jeszcze rodzice muszą pracować zdalnie to już w ogóle utopia. Pozostaje mi tylko współczuć rodzicom i poradzić im zachowanie zdrowego dystansu, choćby co do wymogów szkół ich dzieci. Mnie, na szczęście, już to nie dotyczy.
    Bywajcie zdrowi,
    Agnieszka K. (była nauczycielka)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *