Wreszcie mam czas, ale nie mam wymówki…

Wreszcie mam czas, ale nie mam wymówki…

Dziś nie ma właściwie innych tematów niż wirus w koronie. Każdy program informacyjny, wszelkie blogi, vlogi, nawet już dowcipy i memy w internecie.

Powiem szczerze, ulżyło mi zamknięcie szkół. Pracuję w dużej placówce, dzieci wracały z ferii z różnych miejsc, gdyby nagle się okazało, że szkoła zostaje zamknięta wraz z ludźmi, martwiłabym się o moją rodzinę. Kto zajmie się moimi dziećmi? Kto je pocieszy? Kto pogra z nimi w planszówki i tak dalej… Tym bardziej, że u męża (który zresztą do dziś nie ma zgody na pracę zdalną) mogłoby stać się podobnie.

Nie mamy podobnego doświadczenia społecznej kwarantanny. Siedzimy każdy u siebie, bo tak trzeba, wszystkie inne sprawy schodzą na dalszy plan. Jesteśmy w domu, jest czas, by poobserwować własne dzieci, ugotować im to, co lubią, posiedzieć dłużej przy stole, celebrować wspólny czas.

Często narzekamy, że nasze osobiste dzieci są przez nas zaniedbane, bo pędzimy do tych szkolnych, głowę mamy napchaną ich sprawami, ich problemami, ich edukacją. Może to ten moment, żeby pokazać rodzinie, jak jest dla nas ważna. Rozłożyć na stole grę, na którą nie było czasu (“Wybierz coś innego, w to się za długo gra…”), zrobić pierogi leniwe (bo dziecko lubi, a przecież zawsze szybciej wrzucić do garnka kupne ruskie), wycisnąć każdemu taki sok, jak lubi… Dlaczego nie?

Nasze szkolne dzieci i tak są w naszej głowie. Kontaktujemy się z nimi przez internet, wysyłamy linki, informacje,…

Przez te dwa tygodnie (oby tyle…) świat się nie zawali. Skupmy się na przetrwaniu kwarantanny. Uczmy nasze dzieci (i szkolne, i osobiste) odpowiedzialności za drugiego człowieka.

Pozwólmy sobie przeżyć nasz strach. O bliskich, schorowanych, starszych, może o nas samych.

Nie wpadajmy w panikę. Do mnie z pomocą przychodzą święci. Mój ukochany św. Franciszek panicznie bał się trędowatych. Początek jego nawrócenia to było właśnie spotkanie z żebrakiem chorym na trąd, pocałowanie go. Mimo wielu kontaktów z chorymi, pozostał zdrów.

Ostatnio przypominałam sobie Księgę Daniela i historię trzech młodzieńców, którzy z rozkazu Nabuchodonozara zostali wrzuceni do rozpalonego pieca, bo nie chcieli oddać czci złotemu bożkowi. Mimo że piec był tak gorący, iż ginęli słudzy władcy, wrzucający młodzieńców w ogień, im nic się nie stało. 

Tak więc dbajmy o siebie. Nie mówię o myciu rąk i podstawowych zasadach higieny, robiliśmy to przecież i przed koroną… Nie wiem, na ile to pomaga, ale ja dzielnie wrzucam do sokowirówki buraki, marchew, jabłko, zakwaszam cytryną… Wznoszę toast za nasze zdrowie 😊

Joanna Miller

PS. Klikając w reklamę na naszym blogu wspierasz nas finansowo, dziękujemy!

2 thoughts on “Wreszcie mam czas, ale nie mam wymówki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *