Dobry DYREKTOR szkoły potrzebny od zaraz!

Dobry DYREKTOR szkoły potrzebny od zaraz!

Próbowałam ostatnio przypomnieć sobie jakiś polski film, w którym ładnie by była pokazana współpraca dyrektora z nauczycielem. Słabo mi to wyszło. Mam za to wspomnienie ze „Słodko gorzkiego”, który oglądałam jeszcze jako nastolatka. Nauczycielka matematyki – okrutna, siejąca postrach baba, zdemoralizowani uczniowie liceum i dyrektor – kompletny pomyleniec, który wśród szumu fal recytuje swoją twórczość, a za chwilę prosi jednego z chłopców, by i jemu kupił papierosy… Skumplowany z młodzieżą, razem przeciwko nauczycielce. Fakt, że koszmarnej…

Na pewno są filmy, w których rzeczywistość szkolna pokazana jest bardziej sielankowo, mimo to od obrazu Pasikowskiego trudno mi się uwolnić. Bo ten świat tak nie działa. Nie ma takiej szkoły, choć może „młodzi gniewni” za nią by zatęsknili.

Szkoła to my: uczniowie, nauczyciele, dyrekcja, rodzice. Ta struktura jest niezmienna. Sporo się mówi o współpracy z rodzicami, ale co z przełożonymi?

Zapewne każdy z nas ma doświadczenie różnych modeli dyrektorowania, ale i wizję tego, jaki powinien on być.

Dyrektor to szef. Odpowiada za to, co się dzieje w szkole. Jasna sprawa. Podlegamy mu my, czyli wykonujemy swoją robotę.

Tak naprawdę bez względu na to, kto jest moim przełożonym, pracować trzeba. Głupio byłoby robić coś tylko dlatego że dyrektor patrzy. Ostatnio sama się jednak z siebie zaśmiałam w duchu, bo gdy stałam na dyżurze, przechodziła moja dyrekcja. Złapałam się na tym, że automatycznie się wyprostowałam i jakby „bardziej intensywnie ten dyżur pełniłam”. Bez sensu. Szybko się otrzepałam. Przecież gdy stoję na dyżurze, to pełnię go jak umiem najlepiej. Żeby nie było: moja dyrekcja nie krzyczy i chyba jeszcze nawet nigdy mnie nie ochrzaniła :-). Mimo to powaga funkcji zadziałała. Ilu z nas podnosi się w czasie lekcji zza biurka, bo akurat wchodzi dyrektor?

Znam ludzi, którzy rezygnują z pracy albo miesiącami są na zwolnieniu lekarskim, bo w ich szkole stosuje się mobbing. Znam historie, że nauczyciele odkupują (za prywatną kasę) zagubiony przez ucznia sprzęt, bo boją się swojego przełożonego. Znam przypadki publicznego (tzn. przy uczniach, innych nauczycielach lub rodzicach) linczu na nauczycielu, wyzwisk, wyżywania swoich frustracji, straszenia zwolnieniem. Zszokowało mnie, gdy usłyszałam, że są ludzie, którzy leczą się psychiatrycznie, bo w wyniku zachowania szefa stracili poczucie własnej wartości i boją się własnego cienia. Jeśli się jest w zawodzie od lat, spotyka się wielu ludzi i wymiana doświadczeń na niejednym szkoleniu dotyczy właśnie szefa. Prawda jest jednak taka, że opisane przypadki są patologiczne! Nikt nie powie, że ktoś ma prawo nawrzeszczeć na mnie, bo ma taki kaprys. Wymuszać decyzje, bo on jest szef, a ja jestem szarak.

Czasem sobie myślę, że mam farta do ludzi. W mojej pierwszej szkole było mi źle i uciekłam. Żal mi było tylko trochę, bo jednak obietnica etatu i z niektórymi ludźmi trochę się zżyłam. Męczyć się wiele lat w kiepskiej atmosferze? Miałam 24 lata i wybór. Teraz, jako nauczycielka kilkanaście lat starsza, może mam więcej zobowiązań i mniejszą odwagę, ale pewnie, gdyby sytuacja się powtórzyła, też bym zwiewała.

Oczywiście, cudnie jest mieć „wspierającego dyrektora”. Dla mnie to taki, który:
– dostrzega i szanuje moją pracę oraz zaangażowanie,
– pomaga w sytuacjach trudnych,
– stanie po mojej stronie, gdy zajdzie taka potrzeba,
– da szansę rozwoju,
– uśmiechnie się, tak zwyczajnie, normalnie, po ludzku,
-nie zamorduje mnie godzinami rad pedagogicznych, zebraniami i nudnymi szkoleniami dzień po dniu,
-będzie mnie szanował,
-nie będzie obłudny – „Ty jesteś taka … (fajna, mądra, zaangażowana), ale tamta to głupia”,
-nie będzie manipulował „Ja wszystko wiem, więc uważaj”,
-będzie sprawiedliwie traktował moich uczniów i ich rodziców.

Niedopuszczalne jest pozwalanie jedemu rodzicowi na więcej, bo to w mieście „szycha”, liczy się ze zdaniem nauczyciela – np. w kwestii przyjęcia ucznia do mojej klasy, przeniesienia kogoś z klasy do klasy, szkolenia, terminów i częstotliwości rad i zebrań.

Pytanie, czy ja jestem „wspierającym nauczycielem”? Kiedyś podczas szkolenia poznałam dziewczynę, która pracuje jako dyrektor jednej z placówek oświatowych. Wydała mi się ciepłą, serdeczną, zaangażowaną osobą. Powiedziała, że jest jej przykro, bo wie, że nie zauważa wszystkiego, co inni robią. Nauczyciel się przy czymś napracował, chciałaby, żeby wiedział, że to widzi i docenia. I jeszcze, że gdy się pojawia w pokoju nauczycielskim, rozmowy cichną. No i jak ma się czuć?

Bo dyrekcja to jeden obóz, grono pedagogiczne drugi.
Dyrekcja siedzi w jednym miejscu, pozostali gdzie indziej. Raczej nie brata się z ludem. W ilu szkołach „góra” wpada na kawkę do pokoju nauczycielskiego? Fakt, coraz rzadziej jest okazja tę kawkę pić w gronie… A szkoda.
Poza tym dyrekcja ma inne zobowiązania, choćby w czasie nieoficjalnych szkolnych uroczystości nie ma zbyt wielu okazji powygłupiać się, pośmiać, za to dotrzymuje towarzystwa oficjelom. Znam prywatnie różnych dyrektorów i to są naprawdę sensowni, zabawni ludzie. Kurczę, nawet po pracy są w pracy. Przegwizdane.

Poza tym zdarza się, że dyrektor przestaje pełnić swoją funkcję i zatrudnia się jako nauczyciel albo odwrotnie, koleżanka zostaje szefową. Co to zmienia? Kompletnie nic! Nie pójdę przecież do koleżanki załatwić sobie z nią coś, bo mi nie odmówi. Dyrektora, który już nim nie jest, staram się traktować tak samo. Nie jest dobrze, gdy punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Lepiej, jeśli mój przełożony pamięta czasy, gdy był „po prostu nauczycielem”. Jest do czego się odwołać, łatwiej o porozumienie, w końcu sporo mamy wyzwań w edukacji. Przypominają mi się tu dwa cudne opowiadania Czechowa – „Kameleon” i „Śmierć urzędnika”. Nie chciałabym, żeby były to portrety postaw w mojej szkole. I nikomu nie życzę, by jego szef zmieniał się jak rewirowy Oczumiełow w zależności od okoliczności. Nauczyciele nie są po to, by dostawać po łbie.

Kiedyś usłyszałam, że najlepszy szef to wielki nieobecny, taki co to się nie wtrąca, bo wtedy nic nie zepsuje. Czasem się sprawdza. Tyle że ten nieobecny, kiedyś się w końcu pojawi. Co wtedy?
Szefowie są różni. Atmosfera w wielu szkołach też. Nie zawsze jest to winą lub zasługą dyrektora.

Drugi, często powtarzany w środowisku tekst, to, że człowiekiem się jest, a nauczycielem się bywa. Jasne, tylko kto i jak oceni czyjeś człowieczeństwo?

Na koniec dodam, że jeśli moim dyrektorem zostaje ktoś, z kim jestem na „ty”, od razu mówię, że nie będę miała nic przeciwko temu, by mnie upominać, jeśli jako pracownik nawalę. Może będzie komuś łatwiej wystartować w trudnej roli, jeśli będzie wiedział, że się nie obrażę, nie strzelę focha, nie znienawidzę… Dyrektor też człowiek.

Joanna Miller

4 thoughts on “Dobry DYREKTOR szkoły potrzebny od zaraz!

  1. Piękny tekst, zawsze miałam szczęście do dobrych, kulturalnych dyrektorów. Niestety teraz się to zmieniło, mobbing, kłamstwa,zastraszanie są ciągle. Zauważam więc coraz smutniejszych nauczycieli i nerwowe tiki dyrektorki To działa w obie strony! Dodam, że u nas mówimy: “Nauczycielem się jest a dyrektorem się bywa” W tym roku jest konkurs na dyrektora i już zauważamy pochlebstwa, żarty i mniej ubliżania ale to sztuczne!

    • Dla mnie niepojęte jest, że w takiej “tikowej” sytuacji zwykle kandydat jest pozytywnie zaopiniowany na kolejną kadencję przez aklamację. Nasze środowisko wciąż jeszcze nie korzysta w pełni z wynalazku jakim jest INFORMACJA ZWROTNA 🙁

    • U nas też tak się mówi. Popełniłam freudowską pomyłkę i już było za późno na korektę :-). Pozdrawiam i życzę wiele sił albo odważnej decyzji podążania za szczęściem inną drogą 🙂

  2. Cóż… Myślę, że kij ma 2 końce… Bywają dyrektorzy despoci, bywają też …”przyjacielscy”. Podobnie jest z gronem pedagogicznym. Czasami chcą i potrafią współpracować, czasami “uprzykrzają” życie… Generalnie trudny i złożony temat. Jedno jest pewne: dyrektor też człowiek!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *