Stawianie granic w praktyce pracy nauczyciela.

Stawianie granic w praktyce pracy nauczyciela.

Od wielu lat obserwuję, jak dużo się mówi o asertywności. Ucz się być asertywnym, wychowuj dziecko na asertywnego człowieka… Mam wrażenie, że dużo rzadziej pojawia się hasło „granica”. Bo jakieś takie archaiczne, mało medialne, chyba że „moja cierpliwość ma swoje granice!” gdzieś na zakończenie albo jako wstęp do kłótni. Hasło „granice w zawodzie nauczyciela”? Czy sprowadzają się one po prostu do realizacji obowiązków, zapisanych w odpowiednich przepisach? Nauczyciel jest tym, który granice stawia. Uczniom, szczególnie na pierwszej lekcji, kiedy to ustala się regulaminy, zasady postępowania, ile nieprzygotowań, co wolno, a czego nie wolno robić na lekcji. Młodzi ludzie szybko wyłapią, jeśli coś nie trybi. Im nie wolno używać w szkole telefonów, a nauczyciel wychodzi podczas lekcji, by odebrać telefon? No nie. Więc nie wychodzę. Nie odbieram. Uczniowie mają zmieniać buty, a nauczyciel chodzi w ubłoconych? To akurat w mojej szkole kłopot, bo ja chodzę między dwoma budynkami z kurtką pod pachą. Bywa, że co godzinę idę na „spacerek”. W deszczu, śniegu, butów nie ma szans zmienić. Rozmawiam z dziećmi. Uczniowski regulamin mnie nie obowiązuje, ale ja i tak chętnie bym wskoczyła w ukochane tenisówki. Bo zapis o butach jest dobry i choć dotyczy uczniów, ja też chcę go przestrzegać. Także z szacunku do tych, którzy dbają o porządek. I dla moich stóp, ale tego już dzieciom mówić nie muszę :-). Trudniej z granicami, o których się nie mówi i nie czyta w setkach regulaminów, kodeksów, statutach. Ja, nauczycielka z 13-letnim stażem, sama muszę wyznaczyć granice, których będę przestrzegać, żeby nie oszaleć i by czuć się bezpiecznie, a pracę traktować jako miłość mojego życia (po Bogu, mężu, dzieciach,.., ale jednak miłość). W tym zawodzie bardzo łatwo wpaść w pułapkę zabierania prywatnego czasu na pracę. Kiedy sprawdzać klasówki, zeszyty, wypracowania, odpisywać rodzicom na maile, czytać maile, uzupełniać dziennik, bo akurat w szkole nie mogłam się zalogować? Kiedy czytać lektury, umawiać warsztaty, dodatkowe spotkania? Dyrekcja też może szafować hasłem „w ramach 40-godzinnego tygodnia pracy zrobi pani jeszcze to i to”. Bo kto to policzy? Nie siedzisz w szkole od 8 do 16, by potem zamknąć biurko i powiedzieć „do jutra”. Gdy byłam „młodym nauczycielem”, wpadłam w pułapkę „wszystko dla szkoły”. Bo „nauczyciel z powołania” to tak ładnie brzmi! Nie było jeszcze e-dziennika, ale mój papierowy był perfekcyjny. Codziennie prowadziłam przynajmniej kilka rozmów telefonicznych z rodzicami. Co dwa, trzy miesiące chorowałam na zapalenie krtani albo ucha. Szybko się regenerowałam i dalej to samo. Na szczęście trochę mi się odmieniło, kiedy urodziłam swoje dzieci. Nie od razu. Najpierw chciałam pokazać, że nadal jestem na 120%, niestety kosztem czasu mojego i mojej rodziny. Zaczęłam dostrzegać, że jeśli za dużo poświęcam go na pracę (mimo wszystko zawsze wychodzi więcej niż 40 godzin tygodniowo, ale na pewno już nie 70 🙂 ), okradam z czasu moją rodzinę. A nie wolno przecież kraść. Ustaliłam więc sobie granice, których pilnuję. Nie tak od razu, to dojrzewanie trwało kilka lat, ale teraz wygląda to mniej więcej tak.

1) Nie pracuję w niedzielę (nie sprawdzam też wtedy klasówek).

2) Nie biorę do domu zeszytów uczniowskich. Mój kręgosłup jest mi za to wdzięczny. Zeszyty sprawdzam po lekcjach, nikt nie mówi, że muszę wybiegać ze szkoły, bo skończyłam lekcje.

3) Nie otwieram dziennika w weekend.

4) Zapraszam do współpracy koleżanki, im też nie odmawiam pomocy. Naprawdę w grupie łatwiej pracować.

5) Kiedy ktoś mnie o coś prosi, raczej nie odmawiam. Ale zazwyczaj uświadamiam, że nie wszystko jestem w stanie zrobić od razu.

6) Mądrzej korzystam ze szkoleń. Jeśli mam okazję, wybieram to, co mnie naprawdę ciekawi i co mi się przyda w pracy z uczniem, a nie „biorę wszystko jak leci”, bo ładnie będzie wyglądało w sprawozdaniu. Oczywiście, jeśli są to szkoleniowe rady pedagogiczne, pozostaje mieć nadzieję, że będzie ok 🙂

Są też zasady, których pilnuję z kontaktach z rodzicami:

1) Uwaga z prywatnym numerem.

2) Nie zgadzam się na rozmowy poza ustalonym terminem i miejscem (w sklepie, na ulicy, na szkolnym korytarzu). Sama też ich nie inicjuję („Jakie to szczęście, że panią widzę, bo Michałek zrobił to i to!”)

3) Nie zgadzam się, by rodzice przychodzili do szkoły rozmawiać z innym dzieckiem, bo niedobry Krzysio ZNOWU kopnął biednego Jasia (zresztą często okazuje się, że jest odwrotnie). Nie wychodzę z klasy, by porozmawiać z rodzicem, który właśnie przyszedł wyjaśniać trudną sytuację. Uczniowie w czasie lekcji mają prawo do 100% nauczyciela dla nich.

Czy kiedyś tych zasad nie było? W wielu przypadkach nie. Czy je łamię? Owszem, zdarza się. Rzadko i w naprawdę ekstremalnych sytuacjach. Czasem je zmieniam, bo kiedyś zasada nr 1 brzmiała po prostu „Nie podaję rodzicom numeru mojej komórki”. Nieraz jednak ten numer naprawdę się przydaje, mówię jednak tylko o klasie wychowawczej. Na szczęście rodzice wykazują zrozumienie i szacunek, rzadko zdarzają się nadużycia i pytanie sms-em: co zadane?

Uczniowie mają prawo do szczęśliwego, spełnionego nauczyciela. Który chodzi do kina i teatru, czyta książki, a nazwy górskich szczytów zna z doświadczenia, a nie tylko z atlasu. Moje prywatne dzieci mają prawo do czasu z mamą. Mąż do żony, która nie jest wiecznie obłożona sprawdzianami i zeszytami. Nauczyciele są ważni. Ludzie są ważni. Ja też.

Joanna Miller

2 thoughts on “Stawianie granic w praktyce pracy nauczyciela.

  1. Bardzo trafne spostrzeżenia, godne zastosowania w praktyce.Jednak często sami łamiemy swoje postanowienia w imię misji i powołania.
    Mało kto nas szanuje, zacznijmy więc od szacunku do siebie:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *